nie mam żalu do nikogo poza sobą. Jestem w takim miejscu, że boli mnie przeszłość i teraźniejszość. Głęboko zastanawiam się nad tym jak traktowałam ludzi i jakie były tego konsekwencje, ale tez jak jest to dzisiaj. Dostrzegam jedno, nieodłącznie przez miesiące... czubek własnego nosa, a przecież dobrze wiem jak ta cecha krzywdzi innych i jak daleko jestem od niej myślami, chociaż zawsze bardzo blisko czynami. Nienawidzę siebie, bo nic mi w życiu nie wychodzi, bo nie umiem zorganizować sobie pożytecznie czasu, bo nie posiadam żadnej wartości, bo jestem nijaka. Co muszą pomyśleć sobie ludzie kiedy słyszą o sylwestrze, o kolejnej imprezie kiedy to po pijaku udało mi się zaliczyć jakąś konkretną wpadkę, a jak mi samej w tym momencie jest za siebie wstyd. Nie, wcale nie muszę być przykładnym dzieckiem nie potrzebuje tego, ale mogłabym być porządnym człowiekiem, tak bardzo tego chce. Mogłam mieć stabilny związek, przyjaciół, rodzinę, mogłam w tej chwili cieszyć się rutyną, a ja jestem gdzieś daleko pod nią, szukam jakiegoś światełka, mocno izolując się od ludzi, bo zwyczajnie jest mi przykro za siebie. Tęsknie za czasem gdy jako 5 latka bawiłam się w sklep, nie myśląc o tym co mnie otacza, a teraz ewidentnie otacza mnie gówno. Mam łzy w oczach, a myśl o tym co dzieje się w domu rozpierdala mnie na tysiąc części. W ogóle nie uważam tych wakacji za udane, ten rok jest zdecydowaną pomyłką, śmieszne jest to, że mam taki wniosek już we wrześniu. Co by jeszcze było mało czuje, że tracę też tą przyjaźń, która była tak wielką uciechą... błagam, niech mi ktoś powie, że to jakiś popierdolony sen, bo w tej sekundzie nie chce mi się żyć.
ostatnia taka impreza na której byłam, cyrk, który odstawiłam jest godzien niejednego klauna, każde spojrzenie należałoby potłuc o tyłek, a większość ludzi zwyczajnie rozstrzelać, włącznie z Tobą, może nawet nie byłoby mi żal
.jpg)