11/25/2012

od ostatnich wypocin minęło 5 dni, dużo się wydarzyło. Zdążyłam płakać, cieszyć się z obecności przyjaciół (w końcu jakiś progres), wybuchać ze względu na szkołe, znienawidzić kilku nauczycieli, odseparować się od ludzi, których zwyczajnie nie chce już znosić i wiele innych. Myślę, że najbardziej pocieszającą opcją było wczorajsze spotkanie, nie należało do najbardziej zabawnych, ale pozwoliło przełamać 1 lody, my, prawie wszyscy, podziały społeczne i inne zawiłe relacje poalkoholowe. Cieszę się też, że pierwszy raz wykonałam jakiś gest w stronę kogoś innego, bardzo bliskiego, wiem, że była to błahostka, ale nie od razu kraków zbudowali, może w końcu nauczę się doceniać to, co dostaje z zewnątrz, bo naprawdę nie jest to byle jakie. Czuję coś, to znaczy mam wrażenie, że może się uda, że dam radę i priorytet - chcę, nie oceniajmy dnia przed zachodem słońca, ale chyba to dobra ścieżka. Wiadomo, idealnie nie jest, ale jest JAKOŚ, to juz bardzo wiele dla mnie znaczy.